Location: Zapraszamy > Borki > Wspomnienia

Wspomnienia

Prusy Wschodnie - impresje, jak przed 40 laty

Moja dotychczasowe podróże do starej ojczyzny kończyły się stwierdzeniem: „w ojczyźnie znalazłem obcość"! Wrażenia tych podróży w przeszłość są różne. Moje stwierdzenie z 1984 roku: „Lasy i jeziora są tak piękne, jak nigdy dotąd, wsie i miasta tak obce i ponure jak ich mieszkańcy". Tę głęboką wiedzę zawdzięczam celowi mojej podróży, łańcuchowi jezior w okolicy wielkiego lasu Czerwonego Dworu (Rothebud) i Cichów (Bolken).
Aby ominąć nieuniknione kontrole na granicach w strefie wschodniej, wybrałem rejs morski z Travemunde do Gdańska polskim promem „Rogalin", którego macierzystym portem było znane kąpielisko Morza Bałtyckiego Kołobrzeg na Pomorzu. Podróż w tę i z powrotem razem z samochodem kosztowała niecałe 600 marek. Podróż autobusem jest jeszcze tańsza. Chciałem jednak zabrać ze sobą mój ponton potrzebny do wodnych wędrówek po przepięknych, zagubionych pomiędzy lasami jeziorach jak i na jeziorze Haszno i jeszcze kilka darów dla kochanych ziomków, którzy tam do dziś płacą za przegraną wojnę dyskryminacją i biedą, dlatego też zdecydowałem się wziąć swój własny samochód.
Podróż morska z Travemünde do Gdańska przebiegła nawet tego deszczowego czerwca bardzo przyjemnie, wygodnie i bez problemów, zwłaszcza że na wysokości Szczecina pokazało się słońce, więc czuliśmy się na pokładzie jak na rejsie po Karaibach. Mimo że zapakowałem mój samochód jak Turek aż po sam dach, kontrola celna w Gdańsku poszła szybko i bez zakłóceń, tak że mogłem po 20-godzinnym rejsie jeszcze wieczorem 18 czerwca rozpocząć moją samochodową podróż na Mazury. Dobre 300 km między Gdańskiem a Oleckiem (Treuburgiem) można pokonać w ciągu 3 godzin, więc mogłem obejrzeć moją kwaterę w Czerwonym Dworze (Rothebude) jeszcze w świetle dziennym. Na wschodzie niechętnie podróżuję nocą, ponieważ obawiam się kolizji z nieoświetlonymi pojazdami lub pijanymi osobami. Więc jechałem tak jak „król olch", oczywiście nie przez noc i wiatr z dzieckiem, jednak równie szybko przez Elbląg, Ostródę, Olsztyn, Barczewo, Biskupiec, Kętrzyn i Giżycko wzdłuż mojej starej ojczyzny. Od Giżycka stare drogi były mi już tak dobrze znane, że mogłem jeszcze przyspieszyć. „Koń wyczuł już stajnię".

Puszcza Borecka

W Cichach (Czychen) opuściłem Teerstrasse-Kultur i odbiłem w lewo na Szwałk (Schwalg). Żwirowe drogi nie są tu w gorszym stanie niż za niemieckich czasów. Nadleśnictwo Czerwony Dwór (Rothebude) utrzymywała je w dobrym stanie do przewozu drewna. W okolicy Szwałku (Schwalg) zachwyciło mnie jezioro, na które patrzyło się z góry w radosnym nastroju letniego wieczoru. Po dzikiej, brawurowej jeździe non-stop po raz pierwszy się zatrzymałem, by poczuć w sobie ten wspaniały uroczysty nastrój. Leżąca na prawo wieś wydawała się być martwa, docierały do mnie tylko głosy z położonych bezpośrednio przy ulicy domów. Budynki gospodarcze wioski stały bezużyteczne, ponieważ ziemia zagospodarowywana była przez PGR w Cichach (Chychen). Dworek służył polskim dzieciom jako dom wakacyjny, ale wakacje jeszcze się w Polsce nie zaczęły. Jako że byłem „z dwóch stref, bo urodziłem się w powiecie Gołdap a dorastałem w powiecie Olecko (Treuburg), cieszyłem się mogąc wykazać z mojej kwatery referencje dwóm stronom. Kilka metrów od domu moich niemieckich gospodarzy przebiegała mianowicie granica pomiędzy tymi dwoma powiatami. Podczas gdy wieś Szwałk (Schwalg) należała jeszcze do Olecka (Treuburga), urząd leśny Czerwony Dwór (Rothebude) oraz ulubiony lokal wycieczkowy „Leśny kocur" znajdowały się już w powiecie Gołdap.

Widok na Litygajno

Za czasów naszej młodości tereny wokół Jeziora Haszno i okoliczne lasy należały do naszych bardziej oddalonych miejsc spędzania wolnego czasu. Często więc płynęliśmy w górę rzeki, wzdłuż zielonych wzniesień i leśniczówek, do Jeziora Litygajno długości około 6 km. Potem docieraliśmy poprzez rzekę łączącą do północnej części Jezioro Haszno, gdzie odkryliśmy idylliczną wysepkę. Ta piękna plama ziemi na Jeziorze Haszno, z której można było podziwiać bajeczny widok na całe jezioro, przyciągała nas już jako dzieci na niezliczonych wycieczkach wodnych z magiczną wprost siłą. Była naszą wyspą ze snów beztroskich czasów młodości. Również w moich wspomnieniach magia wyspy nie przestaje na mnie oddziaływać. Tak więc była celem również tej podróży, tym razem jednak rozpoczętej po przeciwnej stronie, ze wschodniego brzegu wielkiego Jeziora Szwałk (Schwalg).

Z miejsca gdzie stała chata rybaków wiele razy ruszałem łodzią w tę podróż, ostatni raz razem z moimi gospodarzami. Sama chata rybaków, stojąca na brzegu jeziora, była wcześniej gospodarstwem o wielkości 100 morg, należącym do rodziny Meifiner. Dom mieszkalny odbudowano w latach 30-stych po wielkim pożarze. Teraz mieszka tu stara kobieta z psem, utrzymująca się ze skromnej renty. Poza tym w tym spokojnym miejscu z pięknym widokiem na jezioro nie dzieje się kompletnie nic. Również tutaj budynki niszczeją. Na zachodzie posiadanie takiego dobra z widokiem na jeziora oznaczałoby posiadanie kilka milionów marek. Tutaj wszystko porasta trawą w dosłownym znaczeniu.
Za małe, kapitalistyczne zdobycze jak kawa czy czekolada, samotna, stara kobieta gotowa była popilnować naszego samochodu. Ponton został szybko napełniony powietrzem i spuszczony na wodę. W błogosławionej ciszy krajobrazu rozległ się mruczący dźwięk uruchamianego motoru i poszło. Spojrzeniem ponad jeziorem na przeciwległe lasy nie stwierdziłem żadnych zmian, wszystko jak przed 40-stoma laty. Na dalekim jeziorze ani żywej duszy, żagla czy łódki. Objąłem kurs na Czerwony Dwór (Rothebude). W urzędzie leśnym rezydował swego czasu leśniczy Ernst Wagner. Na dalekim horyzoncie dostrzegliśmy na wzgórzu jego dawną siedzibę. Naprawdę romantyczne miejsce, także z cudownym widokiem na jeziora i lasy. Deszczowe lato dało chwilę odpoczynku, więc słońce oświetlało z daleka tą kiedyś wspaniałą siedzibę.

Na wysokości „Weißen Brucke" przekroczyliśmy jezioro, żeby poprzez łączącą rzekę wpłynąć do Jeziora Pillwung. Brzeg jeziora ostro się wznosił. Trzcina utrudniała orientację, zwłaszcza że nie było już „Weißen Brucke" nad rzeką, który wcześniej widzieliśmy z jeziora. Ze względu na zapiaszczenie rzeki musieliśmy wyłączyć silnik i chwycić za wiosła. W końcu w tej niesamowitej ciszy ten raj natury był prawdziwym przeżyciem. Wyglądało na to, że od czasów niemieckich nie było tu żadnego człowieka, tak nieskażona i pierwotna była rzeka i brzeg. Zdawało nam się jakby¬śmy byli na Amazonce, podczas gdy tak dryfowaliśmy z prądem rzeki, rosło nasze zafascynowanie tym naturalnym pięknem.

Litygajno

Przy ujściu rzeki do Jeziora Pillwung ponownie ukazał nam się cudowny widok. Prezentował się naszym zdziwionym oczom nowy, oczarowujący nas spektakl natury: na obu brzegach niezliczone pola lilii wodnych - żółty i biały przepych, przetykany ciemnoniebieską tonią jeziora i zielenią liści. Na jeziorze również nie było ani żywej duszy. Jezioro Pillwung jest typowym jeziorem leśnym, dookoła otoczonym wysokim lasem. Nie ma żadnych gospodarczych zabudowań ani przemysłowych zakładów, które mogłyby obciążać tę wspaniałą źródlaną wodę. Tę cudowną idyllę natury dopełniają dwie śliczne leśne wysepki. Skierowaliśmy się według kursu na południe, by dostać się do rzeki łączącej z Jeziorem Haszno. Przed małym mostem na rzece znajdowało się w wodzie również kilka kikutów pali a na brzegach kupy pełnej gruzu ziemi z wcześniejszych dróg do magazynu przy moście. Znowu mieliśmy wrażenie, że jesteśmy gdzieś w Amazonii. Cieszyliśmy się niezwykła ciszą tego miejsca i zyskaliśmy spokój wewnętrzny. W tym unikatowym raju natury można było zbliżyć się do Boga i wszechświata. Od czasu do czasu nerwowy krzyk wystraszonego wodnego lub chwytnego ptaka z pobliskich lasów, poza tym ponad wszystkimi jeziorami i wierzchołkami drzew kojąca cisza. Dla zestresowanego i zmęczonego cywilizacją człowieka był to podarunek niebios! Wkrótce rzeka znowu się otworzyła i mieliśmy widok na największe jezioro powiatu Treuburg - Jezioro Haszno o powierzchni 5,6 km2. Po przeciwnej stronie jeziora rozpoznaliśmy pagórkowaty odcinek lądu między jeziorem Litygajno i Haszno. Na nim przebiegała droga z Rogojn (Rogonnen) i Cichów (Bolken) do Leśnego Kocura, który kiedyś w okresie miesięcy letnich przeżył wiele zakrapianych i wesołych zabaw. W latach 1942 -1943 nieraz pędziłem długim pociągiem towarowym wzdłuż tej drogi razem z grupą wcielonych do armii kierowców, żeby transportować drzewo z lasu Czerwonego Dworu (Rothebud). Przed ujściem rzeki do jeziora Haszno mogłem już rozpoznać naszą wyspę ze snów z czasów beztroskiego dzieciństwa. Znacznie szybciej i mniej zmęczeni niż za tamtych czasów dotarliśmy do jej brzegu. Soczysta trawa tej zielonej wysepki wyjadana była wtedy przez kilka krów. W upalne dni późnego lata pojedyncze drzewa zapewniały im oraz nam podczas naszych okazyjnych odwiedzin chłodny cień.
WspomnienieTym razem zastaliśmy wyspę całkowicie pustą, nie było żadnych ludzi ani zwierząt. Wysoka do kolan trawa i znacznie większe teraz drzewa sprawiały wrażenie, pierwotnego, niezbadanego parku. Na wzgórzu wyspy drzewa odsłaniały widok na oddalone wody jeziora, gdzie na horyzoncie zalesiony brzeg zdawał się łączyć z niebem. Spomiędzy białych chmur cały czas wyłaniało się słońce i spowijało głęboki błękit jeziora połyskującą „suknią". Białe chmury wydawały mi się tutaj jakby potężniejsze i wisiały na niebieskim niebie mocniej. Wzniosły widok. Miało to pewnie związek z ulotnością jezior mazurskich w porównaniu z rozległymi lasami. Słońce zapraszało też do kąpieli. Tutaj, gdzie w czasach naszej młodości przeżyliśmy tyle wodnych zabaw, nic mnie już nie trzymało na lądzie. Niewypowiedzianie przyjemnie było poczuć tę czystą, źródlaną wodę na swoim ciele, stanowiącą całkowite przeciwieństwo naszej chlorowanej wody w publicznych basenach. W dalszych wodach i wgłębi jeziora słońce nie przedostawało się jeszcze tego lata, woda była jeszcze zimna. Dlatego brodziłem potem już tylko w płytkiej wodzie przy brzegu, gdzie woda miała temperaturę około 20 stopni C.
WspomnieniePo tym jak nacieszyłem się tak długo wytęsknionymi „Impresjami z Prus Wschodnich", opuściliśmy wyspę i podjęliśmy kurs południowo-wschodni na leśniczówkę Pillwung, która leżała nad wschodnim brzegiem Jeziora Haszno. Babcię, która mieszka tam teraz z synem, uprzedziliśmy o naszym przybyciu już w gospodzie Meyer, w której mieści się teraz punkt dystrybucji artykułów spożywczych. Byliśmy mile widziani, co nie zawsze się zdarzało. Na ogromnej powierzchni wodnej Jeziora Haszno wiatr może porządnie dać się we znaki. Podmuchy bryzy opryskały nas wodą. Musiałem przerwać podróż i trzymałem się bliżej brzegu, ponieważ nie chciałem ryzykować. Z dawnych czasów pamiętałem też, że te jeziora często bywają podstępne, bezwiednie też myślałem o tym, że Jezioro Haszno ma głębokość 30 m. Również na tym wielkim jeziorze nie widziałem żadnego człowieka. W leśniczówce tez nikogo nie spotkaliśmy. Tylko mały pies i kilka świń ożywiały nieco gospodarstwo. Babcia była znów gdzieś poza domem, żeby zdobyć produkty codziennego użytku. Wcześniej rezydował tu leśniczy rewiru Gustav Szemskat, za czasów którego budynek leśniczówki i zabudowania gospodarcze sprawiały wrażenie bardziej zadbanych. To miejsce i wspaniałe brzozy, zdobiące drogę dojazdową do leśniczówki jeszcze pamiętałem, ponieważ podczas pracy jako przewoźnik drzewa pytałem tutaj raz o możliwość złożenia kilku metrów sześciennych drzewa. Także ta leśniczówka nadal odznaczała się swoim wspaniałym, naturalnym położeniem z cudownym widokiem na jezioro. W oddali połacie lądu z domkami Cichów (Bolken). Nieobecność babci była doskonałą okazją, zrobienia tej „polskiej gospodarce" w otoczeniu idyllicznej natury Prus Wschodnich kilku zdjęć. Obrazy mówiły same za siebie: Polacy lubią żyć z ziemi, nie pytając, co dalej. To niebiańskie miejsce na ziemi zapadło mi w sercu. Przybyłem tu jeszcze raz, tym razem samochodem i spotkałem babcię. Chciała nas zaprosić do środka, nie chciałem jednak przegapić żadnego widoku na lasy wokół jeziora Haszno. Usiedliśmy więc na przyczółku domu przy ponadczasowym pieńku drzewa, który służył jako blat stołu. Również tu było piękne miejsce do czerpania „Impresji Prus Wschodnich" Tutaj było się zbratanym ze światem i Bogiem.
Kto podczas wizyty w starej ojczyźnie nie rozpozna swojej wioski czy miasta i rozczarowany odwróci się, jak to miało miejsce w przypadku byłych mieszkańców Olecka (Treuburga), którzy w tym samym czasie przyjechali autobusem, powinien poszukać wewnętrznego spokoju w tej niebiańskiej idylli natury. Znajdzie go! Jeśli nadal będą jakieś trudności czy oczekiwania, trzeba sobie natychmiast pomóc butelką „Niedźwiedziego pazura", ale tylko z miodem od szczęśliwych pszczół z lasów Rothebud. Dopiero dzięki aromatycznemu miodowi można się przekonać, co za miksturę proponuje nam zachodni przemysł.

Na podstawie: „Treuburger Heimatbrief" nr 3
Tłumaczenie ze środków finansowych Urzędu Miasta w Olecku
Fotografie archiwalne: „Treuburger Heimatbrief" nr 3
Fotografie współczesne: Józef Kunicki

 

powered by cmsimple.dk